Ostatnia podróż

Nieco zmęczona już podróżowaniem, zirytowana koniecznością pakowania walizki (jest ktoś, kto to lubi?) ruszyłam – na szczęście nie bladym świtem – u boku męża na „podbój” kolejnego zakątka naszego globu. Nie byłam przekonana, nie chciało mi się… W końcu przez ostatnie dwanaście miesięcy nie było takich dwóch, żebym siedziała w domu i zwyczajnie cieszyła się własną kanapą, kuchnią i wygodnym łóżkiem. Wystarczyło jednak, że przekroczyłam progi lotniska i… wszystko wróciło do normy, załapałam rytm – teraz już chyba naturalny. Pierwszy lot: Poznań–Warszawa, drugi: Warszawa–Amsterdam. Nocleg w hotelu w Amsterdamie i… znowu na lotnisko. Trzeci lot: Amsterdam–Bogota. Stopover w kolumbijskiej stolicy i absolutne zakochanie. Moje w niej, i to chyba ze wzajemnością, bo pogoda dopisała – świeciło słońce, nie było za gorąco… Idealnie do zdjęć. Z bólem serca opuszczałam to miasto, by po zaledwie kilku godzinach zachwycać się stolicą Panamy. W Panamie spędziliśmy tydzień, nasze plany pokrzyżował huragan Otto, nic nie szkodzi, zawsze można wrócić. Teraz jesteśmy w Kostaryce. Po upiornym Puerto Limón wylądowaliśmy w końcu w stołecznym San José. I jest pięknie! Dlaczego, co i jak? O tym wkrótce…

To ostatnia podróż w tym roku. Nie ostatnia w życiu, ale w tym roku na pewno. Ten rok był dla mnie jedną wielką podróżą: Meksyk, potem Japonia, kilka wypadów z grupami turystów do Chorwacji w sezonie, potem Republika Palau i na koniec… (to znaczy teraz) Panama i Kostaryka. Napisane nie wygląda na tak intensywne. W rzeczywistości jednak kroi się rekord: prawie 5 miesięcy poza domem!

 

 

Comments

comments