Podróże

Jesteśmy w Tajlandii! Ale to nie koniec…

Tajlandia marzyła mi się od dawna. I wcale nie dlatego, że nasłuchałam się „One night in Bangkok”. Była plamą na honorze podróżnika, co to z niejednego pieca chleb jadł, a w Tajlandii, od której wiele osób tak naprawdę zaczyna swoją przygodę z podróżowaniem nieco dalej niż po kochanym Starym Kontynencie, nie był. Wstyd! Najzwyczajniej wstyd! Trzeba nadrobić! No to… nadrabiamy.

Do Chiang Mai przylecieliśmy wczoraj o 6.00 rano. Lot nie był jakiś specjalnie skomplikowany, ani długi: najpierw Warszawa–Doha, potem Doha–Chiang Mai. Dwa razy po sześć godzin, czyli ani zbyt długo, ani wcale nie tak krótko – ot w sam raz. Zaraz po przylocie odświeżyliśmy się szybko i ruszyliśmy na rekonesans po okolicy. Miał być krótki, wyszedł… pięciogodzinny, podczas którego zobaczyliśmy cuda nad cudami, do których można było dotrzeć pieszo. To, do czego pieszo dotrzeć nie można było zostawiliśmy sobie na dzisiaj. Za jakieś dwie godziny ruszamy, by to zobaczyć. Chiang Mai pozwolę sobie opisać w kolejnym poście, tak żebyście mieli całościowe spojrzenie na to, co tutaj można zobaczyć, gdzie i za ile. 😉

Tajlandia nie jest naszym jedynym celem podróży. W trzy tygodnie zamierzamy zwiedzić też Kambodżę i Wietnam – oczywiście wiem, że nie da się tego zrobić dokładnie w tak krótkim czasie, ale na pewno będziemy starali się odkryć tu wszystko to, co warte odkrycia. Przynajmniej według przewodników… 😉

 

Comments

comments