Podróże

Chiang Mai, czyli w stolicy Królestwa Miliona Pól Ryżowych. Część 2

Kolejny dzień postanowiliśmy spędzić nieco dalej od urokliwego Chiang Mai. Wybraliśmy się na zorganizowaną wycieczkę. Za 1200 batów mogliśmy, nie martwiąc się zbytnio o nic, zwiedzić park narodowy, w którym znajduje się najwyższa góra Tajlandii. Zanim weźmiesz się za czytanie, przyjmij proszę do wiadomości, że jest to tylko blog, na którym w kwestiach, w których ekspertem nie jestem, w dużej mierze dzielę się moimi przemyśleniami. I są to tylko przemyślenia. Również bywam turystką i również mam prawo do tego, żeby coś nie przypadło mi do gustu. Choć przyznam szczerze, że bardzo rzadko narzekam na obiekty, które dane jest mi oglądać.

Park Narodowy Doi Inthanon położony jest jakieś 60 km (1,5 h) drogi od Chiang Mai, a swoją nazwę bierze właśnie od najwyższego szczytu Tajlandii. Jest to doskonałe miejsce dla osób lubiących kontakt z naturą – fani trekkingu, górskich wędrówek powinni być zachwyceni. Ja – tak średnio na jeża. 🙂

Pierwszym celem naszej wycieczki były dwie bliźniacze czedi, które stanęły na terenie parku z okazji 60. rocznicy urodzin pary królewskiej. Poświęcona królowi Tajlandii stanęła w 1987 roku, królowej w 1992. Wizyta tam przypomniała mi wszelakie filmy na YouTube typu „oczekiwania kontra rzeczywistość”, w których vlogerzy porównują zdjęcia w internecie i to, co faktycznie otrzymali. Czedi wyglądają jak wybudowane z plastiku. Bajkowego charakteru dodaje otaczający je ogród i widok na majestatyczne góry. Mają oczywiście swój urok, są nawet fotogeniczne, ale mnie jakoś specjalnie nie urzekły. Może to nie moja bajka? Bo niby ładnie, niby spektakularnie, a jednak kiczowato. Brakowało mi tam tylko krasnala ogrodowego…

Z bajkowych czedi, ruszyliśmy zdobyć szczyt Tajlandii, Doi Inthanon, od którego nazwę bierze również park narodowy. Brzmi górnolotnie, brzmi ambitnie, tymczasem… Żadnej wspinaczki nie było, pojechaliśmy tam busem. Ten punkt programu rozczarował kompletnie. No, ale selfiaczka na szczycie cyknęłam, co by nie było, że mnie tam nie było. Rozczarowanie tą „atrakcją” również ujęłam (mam nadzieję).

Kolejnym punktem wycieczki był dwugodzinny treking, który niestety musieliśmy sobie odpuścić… Dorwał nas potężny jet lag. I można teraz zadać sobie pytanie, jak to możliwe, bo skoro tyle latamy, to przecież powinniśmy wiedzieć, jak temu zaradzić… No cóż… Przez te kilka lat jak wspólnie z Dawidem podróżujemy, dowiedzieliśmy się jednego: nie znasz dnia ani godziny, czasem można robić wszystko, by ustrzec się przed objawami syndromu nagłej zmiany strefy czasowej, a i tak… Nas trafiło akurat na wycieczce. I dobrze, że była to wycieczka, bo mogliśmy po prostu pospać w busie przez te dwie godziny i nie być ciężarem dla innych. O tym, co warto robić, by zminimalizować jet lag, jeszcze kiedyś napiszę. Na przyszłość jednak ostrzegam, że nie ma 100% skutecznego remedium, a sok pomidorowy to większa ściema niż zamach smoleński.

A potem był tajski obiad. Bardzo przyjemny, ale niestety mało fotogeniczny. Po nim udaliśmy się zobaczyć wodospad Wachirathan. Malowniczy, przepiękny, obdarowujący swoich gości łagodną bryzą w upalne tajskie popołudnie. Oglądając go, zaczęłam żałować, że nie zaplanowaliśmy naszej podróży inaczej, że nie udało się uniknąć jet laga. Tylko jak inaczej planować, skoro ambitnie założyliśmy, że w niecałe trzy tygodnie zobaczymy trochę Tajlandii, Angkor Wat w Kambodży, odrobinę Wietnamu… a na koniec jeszcze odpoczniemy na wyspie Phuket? Ech… Trzeba będzie wrócić. 😉

Następnego dnia lecieliśmy już do Bangkoku. Mieliśmy w planach zobaczyć na powrocie nocny targ w Chiang Mai, zobaczyć Doi Suthep… Nie zobaczyliśmy. Ale wrócimy! No cóż… Nie zawsze wszystko musi wyjść super, dzięki temu właśnie jest po co wracać. Może gdyby nie fakt, że cierpieliśmy z powodu jet laga, zdecydowanie bardziej by mi się tam podobało. Czasem dobrze być turystą. Dzięki temu lepiej mi się pracuje, bo lepiej rozumiem swoich turystów (jako pilot i jako przewodnik).

Comments

comments